Kiedy mówiliśmy o końcu świata, poczułam, że wszyscy dobrze go znamy
W programie „Pytanie na Śniadanie” rozmawialiśmy o scenariuszach końca świata. Temat brzmi groźnie. Może nawet przytłaczająco. Ale kiedy siedziałam przed kamerą i słuchałam, jak nauka splata się z codziennością, pomyślałam o czymś zupełnie innym.
O naszych małych końcach świata.
Bo każdy z nas przynajmniej raz w życiu przeżywa moment, w którym ma wrażenie, że właśnie skończyło się wszystko.
Koniec świata może mieć postać rozstania, po którym pęka serce. Może być chwilą, kiedy zawodzi ktoś, komu bezgranicznie ufaliśmy. Może przyjść wtedy, gdy kończy się ważna relacja, rozpada się plan na życie, tracimy pracę, bezpieczeństwo albo nagle okazuje się, że droga, którą szliśmy przez lata, prowadzi donikąd.
Czasem wygląda jak zamknięte drzwi.
Czasem jak puste łóżko.
Czasem jak niedokończony list.
I wtedy naprawdę trudno uwierzyć, że za tym wszystkim może być jeszcze coś więcej.
Myślimy: to już jest ostatnia granica. Tego już nie udźwignę. Nie podniosę się. To za dużo. Za trudno. Za bardzo.
A potem przychodzi cisza.
Przychodzi oddech.
I pierwszy krok.
Zawsze fascynowało mnie to, jak człowiek potrafi odbudować swoje życie z rzeczy, które wydawały się zbyt małe, żeby cokolwiek zmienić. Z jednej dobrej myśli. Z jednego życzliwego spojrzenia. Z rozmowy. Z decyzji podjętej pewnego zwyczajnego dnia. Czasem z intuicji, która nagle mówi: idź dalej.
Końce świata są ludzkie. Codzienne. Małe i wielkie jednocześnie.
Nie zawsze przychodzą z hukiem. Czasami przychodzą bardzo cicho. I właśnie dlatego bywają tak trudne do zauważenia.
Ale prawdziwa sztuka nie polega na tym, żeby nigdy nie przeżyć własnego końca świata.
Polega na tym, żeby po nim wstać.
Odbudować siebie. Nie zawsze od początku. Czasem wystarczy odnaleźć w sobie jeden fragment, który jeszcze pozostał cały. A potem kolejny.
Być może właśnie wtedy zaczyna się coś nowego.
Nie chodzi o to, żeby przestać się bać. Chodzi o to, żeby iść dalej mimo strachu. Żeby zobaczyć możliwość tam, gdzie jeszcze przed chwilą widzieliśmy wyłącznie stratę. Żeby dostrzec piękno nawet w popękanym krajobrazie.
I może właśnie dlatego tak często szukamy odpowiedzi, kiedy nasze życie znajduje się na zakręcie. Chcemy wiedzieć, co dalej. Czy to naprawdę koniec. Czy przed nami jest jeszcze jakaś droga. Czy można coś zmienić, odbudować, uratować albo rozpocząć inaczej.
W takich momentach szczególnie ważna staje się intuicja. Ta cicha część nas, która czasem wie wcześniej niż rozum, że pewien etap się kończy, a za zamkniętymi drzwiami może być jeszcze inna możliwość.
Jeżeli tego dnia choć jedna osoba, słuchając naszej rozmowy o końcu świata, pomyślała: „to jeszcze nie jest moja ostatnia scena” — to znaczy, że było warto.
Bo jeszcze mamy czas.
Żeby odbudować siebie.
Żeby wrócić do życia, które na nas czeka.
Żeby podjąć nową decyzję.
Żeby uwierzyć, że może być inaczej.
Nie zawsze od nowa.
Czasem po prostu trochę inaczej.
Prawdziwiej.
Uważniej.
Bardziej do siebie.
A może właśnie wtedy, kiedy wydaje nam się, że świat się kończy, zaczynamy naprawdę żyć.
A jeśli właśnie jesteś na swoim zakręcie?
Czasami najbardziej potrzebujemy nie kolejnej rady, ale odpowiedzi, która pozwoli nam zobaczyć sytuację z innej perspektywy.
Właśnie dlatego ludzie sięgają po tarot i intuicję, kiedy stoją przed ważną decyzją, końcem relacji, zmianą zawodową albo momentem, w którym nie wiedzą jeszcze, co wydarzy się dalej.
Nie po to, żeby oddać komuś decyzję za siebie.
Po to, żeby zobaczyć więcej.
Bo czasami za zamkniętymi drzwiami naprawdę znajduje się coś, czego jeszcze nie potrafimy dostrzec.
Anna Kempisty — tarot, intuicja, jasnowidzenie